Miejscem akcji pańskiej powieści jest Polska z jej współczesnymi realiami. Skąd taki wybór? Dlaczego nie interesują pana różne tajemnicze, egzotyczne kraje albo słynne światowe metropolie? Od dość dawna drażni mnie przekonanie wielu osób o tym, że w naszym kraju nie ma niczego na tyle ciekawego, by mogło być treścią na przykład powieści sensacyjnej czy nawet politycznej. Robimy wszystko co się da, aby utwierdzać się we własnych kompleksach, za wzór uznając produkcje na przykład anglosaskie, jednocześnie wszystko co polskie spychając do roli zaścianka Europy. Najgorsze jest to, że tego rodzaju opinie można wyczytać w znanych dziennikach. Oczy przecierałem ze zdumienia kiedy pewien pan zaszczycił niedawno czytelników Gazety Wyborczej swoimi światłymi odkryciami na ten temat, zadając między innymi jakże bystre pytanie – „Może polski kryminał nie może się dziać w Polsce?”. To, że o polskich realiach można pisać ciekawie, mnie przekonało już co najmniej kilku naszych pisarzy powieści sensacyjnych, a proszę mi wierzyć, że w listach od Czytelników przeważają wypowiedzi w stylu – „No wreszcie coś o nas, a nie w kółko o prezydentach, bandytach i policjantach amerykańskich. Spiętrzenie kłopotów, które dopada Roberta Czechowicza głównego bohatera „Japońskiego cięcia” jest wyjątkowe. Czy kreśląc fabułę powieści, zainspirował się pan jakimiś rzeczywistymi wydarzeniami czy też zamysł całej historii jest czystą fikcją literacką? Pomysł na fabułę „Japońskiego cięcia” jak i wcześniej „Zygzaka” generalnie był fikcją literacką, ale jest tu sporo wątków z życia wziętych, a bohaterów od czasu do czasu spotyka coś, co rzeczywiście kiedyś przytrafiło się mnie, bądź komuś z mojego otoczenia. Zawsze dążę do tego, aby wydarzenia które opisuję były jak najbardziej prawdopodobne, ale – jednak fikcyjne. To się nie zdarzyło, ale... mogło. Czy należy spodziewać się kontynuacji „Japońskiego cięcia”, jak stało się to w przypadku „Zygzaka”? Zaplanowałem trzy książki o agentce Ultrze i pomagającym jej dziennikarzu telewizyjnym Adamie Kniewiczu – „Zygzak”, „Japońskie cięcie” i „Marika” (jeszcze nie skończona). Co potem? To będzie zależało od tego czy Czytelnicy będą chcieli dalej o tym czytać. Jeśli „Japoński cięcie” i „Marika” sprzedadzą się tak jak „Zygzak”, z pewnością zostanę na razie przy tych bohaterach. Kto jest ulubionym pańskim autorem powieści sensacyjnych i z jakich powodów pan go tak ceni? Powiem o tych zza granicy, choć uważam, że polskie powieści sensacyjne zaczynają dorastać, a w niektórych przypadkach nawet przerastać poziomem i interesującymi pomysłami pozycje zza oceanu. Najbardziej lubię Johna Grishama, szczególnie pierwsze jego powieści – „Czas zabijania”, „Raport Pelikana”, „Firma”. Facet naprawdę wie o co chodzi i czego potrzeba ludziom, którzy szukają w tego typu literaturze rozrywki. Bardzo fajny jest Robin Cook, choć coraz częściej zarzucana jest mu wtórność. Nadal jednak „Coma”, „Oślepienie” czy „Szkodliwe intencje” pozycją zdecydowanie najlepsze. Ciekawy jest Nelson deMile („Szkoła wdzięku”, „Nad rzekami Babilonu”), imponujący perfekcją – Arturo Perez –Reverte. Nie przepadam natomiast za schematycznym i trochę już tracącym myszką Ludlumem, do którego modlą się niektórzy polscy dziennikarze wciąż zadając idiotyczne pytanie – „Czy urodzi się nad Wisłą polski Ludlum?”. Mam wielkie marzenie – niech się lepiej nie rodzi. Czy literatura sensacyjna jest pana ulubionym typem literatury i czy istnieje możliwość, że w najbliższej przyszłości napisze pan powieść nie mającą z nim nic wspólnego? Lubię pisać książki sensacyjne, ale czytam wszystko co się da. W dzieciństwie często chorowałem na anginę kilka razy na zapalenie płuc i wtedy moja mama (polonistka z wykształcenia) polecała mi różnego rodzaju pozycje od klasyki do współczesności. I tak kilka razy przeczytałem „Hrabiego Monte Christo”, wszystkie części „Muszkieterów”, „Nędzników”, „Dzwonnika z katedry Notre Dame”, „Pracowników morza” potem amerykańskie „Na Wschód od Edenu”, „Poletko pana Boga”, większość Sienkiewicza (no może z wyjątkiem „Rodziny Połanieckich”, których nie byłem w stanie zdzierżyć . Prusa, Żeromskiego, Gombrowicza, wielką czwórkę amerykańską, no trudno wszystko wymienić... i tak się zaczęło. Lubię czytać. A czy napiszę coś, co wykracza poza polityczną sensację? Przyznam, że bardzo bym chciał. Może kiedyś spróbuję...? Czy myślał pan o pisaniu powieści od zawsze czy potrzeba ta pojawiła się później w pańskim życiu? Pierwszą własną powieść napisałem w wieku 12 lat. Mam chyba ją w szufladzie do dziś. Nie pokazałem jej nawet mamie, ale byłem z tego przedsięwzięcia bardzo dumny. Później dręczyłem rodziców swoimi wierszykami, opowiadaniami i innymi wymysłami, które postanowiłem już udostępnić światu (to znaczy najbliższej bardzo już po pewnym czasie zmęczonej moją twórczością rodzinie). Oczywiście do głowy mi nie przyszło aby je gdzieś wysyłać. Dopiero „Zygzak” trafił do wydawnictwa, później opowiadanie „Anna”, które wyszło we francuskiej prasie i właśnie wydane „Japońskie cięcie”. Mam nadzieję, że będą się Państwo przy tej lekturze dobrze bawili.